9 listopada 2018

16. Żegnajcie, przyjaciele


Odkąd pamiętam
no to dwa demony wciąż mącą mi w głowie
i siedzą na barkach
a ty zdziwiona, że ból mam na twarzy
gdy we mnie bez przerwy odbywa się
walka


Zawsze, odkąd tylko pamiętałam, chciałam być bardziej. Bardziej ładna, bardziej mądra, bardziej zaradna, bardziej kochana. Ciągle było za mało, niedostatecznie. Nakładałam na siebie wymagania, którym żaden człowiek nigdy by nie podołał, wiedząc, że sama nie jestem w stanie tego uczynić. Katowałam się myślami, karząc za najmniejszą porażkę. I w każdej z nich znajdowałam tylko swoją winę.
Musisz więcej. Musisz bardziej. Musisz.
Zawsze brałam zbyt głęboki wdech i robiłam zbyt krótki wydech, zatrzymując całe to stare i zgniłe powietrze w swoich płucach. Zawsze zaciskałam palce na czyjejś dłoni zbyt kurczowo, a moje opuszki łapczywie dotykały obcej skóry. Zupełnie, jakbym bała się, że całe to zaufanie i obecność nagle znikną. Jakby miały za moment się zdematerializować, choć przecież jak mogło to uczynić coś, co nie było nawet namacalne?
Jak zwykle wzięłam głęboki wdech, po czym bez większego zaangażowania wypuściłam luźno powietrze z płuc. Złożyłam na pół czarno-białą gazetę, którą nieco zbyt długo trzymałam w swoich dłoniach. Jej kartki pofalowały się znacznie od moich spoconych rąk.
To koniec.
Ulga, która wypełniała moje wnętrze, była niczym lekki balonik gdzieś pomiędzy sercem a żołądkiem. Dwie osoby, które przez tak długo niszczyły mi życie, były w więzieniu. Zarówno demon mojej przeszłości Obito, jak i Karin, oboje siedzieli za kratkami na długie lata. A dopóki tam byli, mogłam wreszcie poczuć się wolna i bezpieczna. Mogłam bez żadnych przeszkód poukładać swoje życie od nowa.
Mogłam żyć.
Wstałam od stolika, po czym przeszłam przez stołówkę, po drodze wyrzucając puste opakowanie po soku do śmietnika. Znajome twarze uśmiechały się do mnie. Niektóre radośnie, inne raczej niepewnie, ale wszystkie bez wyjątku szczerze. Od aresztowania Karin minął rok i choć panicznie bałam się obnażenia prawdy o sobie przez dziennikarzy, teraz cieszyłam się, że każdy ją znał. Nie musiałam już nikogo udawać. Nareszcie byłam sobą.
– Ichirei! – Usłyszałam, kiedy tylko znalazłam się na korytarzu.
Przywitałam się z Matsuri, która energicznie zmierzała w moją stronę.
– Lecisz do mamy? – spytała, widząc jak w pośpiechu zmierzam w kierunku wyjścia z budynku.
– Tak – odparłam, machając jej na pożegnanie.
Nadchodzący weekend miał być wyjątkowy. Matka pierwszy raz od lat dostała przepustkę i mogła wyjść ze szpitala na trzy dni, pod warunkiem, że w niedzielę przed rozpoczęciem wieczornego obchodu odwiozę ją do domu. Niedzielny grill miał być niezwykły nie tylko z tego powodu. Planowałam pierwszy raz zaprosić do siebie przyjaciół, by poznali moją rodzinę. Zdecydowałam, że nigdy więcej nie będę wstydzić się swoich rodziców.
Czas dorosnąć.
Nie uszłam nawet trzech metrów, kiedy moje spojrzenie niespodziewanie skrzyżowało się z parą czarnych tęczówek. Chciałam coś powiedzieć, choćby zwyczajne “cześć”, ale odwróciłam wzrok – jak zawsze. Matsuri niczym radar od razu zarejestrowała stojącego kilka kroków ode mnie chłopaka i ruszyła w moją stronę.
– Odprowadzę cię – zaproponowała, ciągnąc mnie za łokieć w stronę drzwi. – Nie rozmawiałaś z nim jeszcze? – zapytała, kiedy znalazłyśmy się na zewnątrz.
– Nie – mruknęłam, wzruszając ramionami.
Nie zamieniłam z Uchihą słowa od ponad roku. Sama nie wiedziałam, dlaczego tak wyszło. Chcieliśmy sobie wszystko poukładać, a z każdym dniem rozłąki powstawał między nami coraz wyższy mur. Teraz był już nie do przeskoczenia, a ja obawiałam się rozbicia go. Każdego dnia wstawałam z myślą o tym, by się przełamać i odezwać do niego. Nadaremno.
– Podobno nie spotykał się z nikim od waszego rozstania – powiedziała Matsuri, wcale nie poprawiając mi tym humoru.
Zdawałam sobie sprawę z tego, że namieszałam nieco w życiu Sasuke. Gdyby ktoś mnie spytał czy go kocham, najpewniej odpowiedziałabym bez wahania “nie”. Jednak byłoby to zwyczajne kłamstwo. Tęskniłam za nim.
– Nie tylko on, Mats – odparłam, wzdychając ciężko.
– No wiem, promyczku – powiedziała, klepiąc mnie lekko po łopatce. – Zaproś go na niedzielę, oboje patrzycie na siebie jak para szczeniaków, którym ktoś macha przed oczami piszczącą piłeczką.
– Nie potrzeba mi wtedy melodramatów, chcę żeby niedziela wyszła idealnie – mruknęłam, ale widząc jej pełne zwątpienia spojrzenie dodałam – obiecuję, że umówię się z nim na poniedziałek. Zadzwonię jeszcze dziś.
– Masz okazję zrobić to teraz. – Niemal krzyknęła, a widząc stojącego w drzwiach bruneta, miałam ochotę wbić jej łokieć w brzuch.
Sasuke popatrzył zaskoczony, posyłając nam niepewny uśmiech i witając się krótkim “siema”. Wiedziałam, że to będzie szybka akcja. Dziewczyna ulotniła się w ułamku sekundy, pozostawiając nas w dość niezręcznym milczeniu. Obserwowałam jak wyjmuje z paczki papierosa i wkłada go sobie do ust.
– Myślałam, że rzuciłeś – powiedziałam, bo było to pierwsze co przyszło mi na myśl.
– Też tak myślałem – zaśmiał się krótko, odpalając fajkę. – O czym mówiła Mats?
– W sumie o niczym, żartowała – odparłam, starając się zabrzmieć wiarygodnie. – Muszę lecieć.
Odwróciłam się na pięcie, jednak coś kazało mi się zatrzymać. To do mnie należało ostatnie słowo rok temu i wiedziałam, że teraz należy do mnie pierwsze. Jeśli chciałam cokolwiek osiągnąć, musiałam wydusić z siebie to jedno zdanie, które w poprzek ugrzęzło mi w gardle.
– Co robisz w poniedziałek? – zapytałam, zwracając się w jego stronę.
– Poniedziałek? – Zastanowił się krótko. – W sumie chyba nic szczególnego, a czemu pytasz?
– Może wyskoczymy coś zjeść? – wyrzuciłam z siebie, ze zniecierpliwienia przygryzając wargę, aż poczułam metaliczny posmak.
– Chętnie – odpowiedział, lecz dało się słyszeć w jego głosie odrobinę wahania.
Pożegnaliśmy się krótko, wiedząc, że dalsza konwersacja będzie tylko jeszcze bardziej niezręczna i poszłam na parking, na którym stała zaparkowana stara Zafira Paina. Furgonetka rozpadła się kilka miesięcy wcześniej i z bólem serca ojciec musiał kupić nowy samochód, jednak jego ukochany ogórek nadal stał na tyłach ogródka, dokonując swego żywotu jako bezużyteczny grat.

***

Pierwsze od kilkunastu lat, rodzinne śniadanie, upłynęło nam dość drętwo, choć wszyscy wydawaliśmy się być szczęśliwi. Nie mogłam się doczekać, aż wszyscy przyjaciele pojawią się w naszym ogrodzie. Dzień był na tyle ciepły, że planowaliśmy zrezygnować ze spania w domu i wybrać noc pod gołym niebem. Na dwudziestą miałam odwieźć Konan do szpitala i wrócić do reszty by bawić się do rana.
– O której będą twoi przyjaciele? – zapytała Mami, zbierając razem ze mną talerze do mycia.
– Właśnie wybieram się po nich na dworzec – powiedziałam, a widząc speszoną minę siostry, uśmiechnęłam się chytrze. – O, widzę, że ktoś tu już wie, że Mayako zabiera Jeremiego.
– Wcale nie o to mi chodzi – burknęła naburmuszona.
– Kłamczucha! – krzyknęłam, celowo przeciągając samogłoski i ulotniłam się z kuchni, zanim doleciała do mnie ścierka, rzucona przez Mami.

Pogoda była idealna na nocowanie pod gołym niebem i kiedy czekałam na pociąg z Tokio, czułam, jak słońce lekko przypieka mi policzki. Cieszyłam się jego ciepłymi promieniami, dopóki wiejskiej ciszy nie przerwał stukot sunącej po szynach maszyny. Od razu rozpoznałam w oknie przedziału znajome twarze grupki młodych ludzi, którzy w pośpiechu przeciskali się w stronę wyjścia, nim pociąg na dobre się zatrzymał.
Pierwszy wyskoczył Naruto, niemal wypychany przez Kejżę i Itachiego. Najwyraźniej już w podróży im podpadł, gdyż miny mieli nietęgie. Moje przypuszczenia najwyraźniej były prawdziwe, gdyż Jeremy, Mayako i Kiba śmiali się pod nosem, patrząc na zdenerwowaną trójkę.
– Przysięgam, że ostatni raz z wami gdziekolwiek jadę – warknęła Tenten, trzymając pod pachami dwa namioty, podczas gdy reszta przyjaciół miała wyłącznie po jednej torbie lub plecaku.
– Zapomnieliście swojego sprzętu – dodała Matsuri, która razem z Gaarą wydobyła z pociągu resztę wyposażenia.
– Hej, Ichi! – krzyknął Uzumaki, jako pierwszy namierzając mnie na peronie. Przywitałam się z przyjaciółmi i chwyciłam jedną z toreb, by odciążyć obładowaną po szyję Tenten.
Od chwili kiedy tylko wymieniłam pierwszy uścisk ze swoją paczką, czas zaczął pędzić jak szalony. Nawet się nie obejrzeliśmy; grill już był rozpalony, a wszystkie karimaty rozłożone na tyłach ogrodu. Mimo, że nie planowaliśmy spać w namiocie, rozłożyliśmy dwa z nich na wypadek, gdyby kogoś zaczęły zjadać komary.
Miło było patrzeć, jak wszyscy moi przyjaciele rozmawiali z Painem i Konan tak swobodnie i radośnie. Dotychczas bałam się przedstawiać komukolwiek swoich rodziców, dlatego odetchnęłam z ulgą, kiedy wszystko szło zgodnie z planem.
– Naruto, przysięgam, że za moment cię zutylizuję! – Głośny wrzask Kejży wyrwał mnie z zamyślenia.
– A im co jest? – spytałam Mayako, która stała przy stoliku, skupiona na krojeniu bakłażana w plasterki.
– Ryusaki jest po dyżurze, Itachi miał nockę. Chcieli odespać przed imprezą, ale Naruto co chwilę ich budził – odparła, nie odrywając wzroku od warzywa.
– Kto ciągle kazał mi lizać palec i wkładać im do uszu?! – krzyknął Uzumaki, najwyraźniej wszystko słysząc.
– A ty to robiłeś, idioto! – Mayako nie wytrzymała i wybuchła śmiechem, dumna ze swojej siły perswazji.

Kiedy impreza zaczęła się na dobre, miałam ogromną ochotę napić się zimnego piwa, jednak obiecałam odwieźć matkę i mimo, iż Pain pozostawał trzeźwy, trzymałam się tego postanowienia. Jego samochodem w ciągu godziny powinnam być z powrotem, a zależało mi, aby spędzić jak najwięcej czasu z Konan. Rodzice byli dla siebie uprzejmi, ale widziałam, że nie potrafią ze sobą rozmawiać tak, jak dawniej. Z boku wydawali się dwojgiem obcych ludzi, którzy spotkali się przypadkiem w parku i wymienili kilka uprzejmości.
– Mamo, wszystko okej? – zapytałam, widząc jak nagle zachwiała się i złapała oparcia krzesła ogrodowego.
– Zakręciło mi się lekko w głowie, nic więcej – odparła, a z jej twarzy nie schodził uśmiech.
Taka ilość obcych ludzi musiała być dla niej dość trudna w zaakceptowaniu, gdyż przez ostatnie kilkanaście lat żyła w zamknięciu, widząc każdego dnia znajome twarze stałych pacjentów oraz personelu.
– Na pewno? – spytałam, nalewając jej wody i podając szklankę.
– Tak – odpowiedziała, jednak po chwili dodała – ale chyba będę już wracała.
– Dopiero szesnasta, możesz jeszcze chwilę zostać – odparłam, upewniając się czy chce już jechać do Tokio.
– Miło spędza mi się z wami czas, ale to był dość chaotyczny weekend, jak na… pierwszy raz.
Skinęłam głową i ruszyłam po portfel z dokumentami i kluczyki. Cieszyłam się, że matka podkreśliła, iż to nie ostatni raz, kiedy do nas przyjechała z wizytą. Miałam nadzieję, że choć raz w miesiącu uda jej się wyjść na przepustkę,
– Mami, jedziesz z nami? – zapytałam, zmierzając do spakowanej już Zafiry.
Siostra natychmiast podbiegła, pakując się na przednie siedzenie, o które zawsze walczyła. Konan usiadła z tyłu, przesuwając swoje rzeczy na jedną stronę kanapy i zapięła pas.
– Na pewno dobrze się czujesz? – mruknęłam, widząc w lusterku wstecznym, jak matka masuje lekko skronie.
– Za dużo wrażeń – zaśmiała się cicho. – Zwyczajny ból głowy.
– Do zobaczenia, Pani Tenshi! – krzyknął Uzumaki, kiedy wyjeżdżałam z podjazdu, by tyłem wcelować w bramę. – Chłodzimy piwerko, Icziś! – dodał, machając w powietrzu browarem w butelce, który pienił się i chlapał na jego i tak już mokrą koszulkę.
– On się nigdy nie zmieni – powiedziałam, machając głową z dezaprobatą.

Jechałyśmy i w milczeniu cieszyłyśmy się swoją obecnością. Mami oparła głowę na uchylonej do połowy szybie i starała się jak najbardziej schłodzić wpadającym do środka powietrzem, lecz i ono było gorące. Brak klimatyzacji nie był najlepszy na letnie upały.
Odetchnęłam z ulgą, kiedy z wiejskich wertepów mogłam skręcić w pierwszą asfaltówkę. Choć nie była ona szeroka, kierowało się przyjemnie i bezpiecznie. Do Tokio prowadziła autostrada i na drodze, którą jechałyśmy nie było ruchu, gdyż łączyła ona tylko okoliczne wioski ze stolicą, a mało kto się do niej stąd zapuszczał.
Włączyłam radio, ściszając je znacznie, gdyż nie chciałam, by matkę rozbolała mocniej głowa. Na każdej stacji leciały akurat wiadomości, więc podzieliłam swoją uwagę pomiędzy głos dziennikarza, a prowadzenie pojazdu.
“Upały i długotrwałe susze powodują znaczne straty ekonomiczne w rejonach Japonii, które utrzymują się głównie z rolnictwa. Nawet przelotne opady nie są w stanie naprawić szkód, które powoduje słońce. Ponadto, do szpitali trafia o sześćdziesiąt procent więcej osób dotkniętych udarem słonecznym niż ubiegłego roku, to prawdziwa plaga!”
Zerknęłam z niepokojem na matkę, jednak mimo zmęczenia, nie wyglądała na chorą. Jedynie lekko poddenerwowaną. Nie było w tym nic dziwnego, to był naprawdę intensywny weekend, zakończony głośnym grillem w gronie młodych ludzi, których rozpierała energia.
Zwłaszcza Naruto, mruknęłam w myślach, uśmiechając się sama do siebie i przyśpieszyłam, mając przed sobą naprawdę długi, prosty odcinek drogi. Powietrze świszczało przez otwarte okna, jednak żadna z nas nawet nie myślała o ich zamknięciu.
Patrzyłam na stary, podrapany billboard, który reklamował nawóz do pomidorów i próbowałam odczytać wymalowaną na nim liczbę kilometrów, które pozostały do Tokio, kiedy usłyszałam głośny, urwany wrzask. W jednej chwili zerknęłam w stronę Mami, a obrazy zaczęły docierać do mnie w zwolnionym tempie.
Najpierw zobaczyłam przerażoną twarz siostry, która trzymała palce na dłoniach, zaciskających się na jej szyi. Widziałam jak w ciągu kilku sekund buzia dziewczynki robi się czerwona i mokra od potu, nie mogła wydobyć z siebie głosu. W pierwszym odruchu oderwałam jedną z rąk od kierownicy i chwyciłam nadgarstek matki, nawet nie zwalniając.
– Mamo, puść ją! – Z całej siły szarpnęłam rękę Konan, zupełnie wpadając w panikę. Minęło sporo czasu odkąd widziałam jej ostatni napad schizofrenii i nie spodziewałam się go.
To wszystko działo się w ciągu kilku sekund, ale kiedy ręce matki zaczęły się ześlizgiwać z szyi siostry, odetchnęłam z ulgą.
– Ichirei! – wrzasnęła Mami, a ja dopiero wtedy zerknęłam na drogę, która zakręcała gwałtownie.
Wciąż byłam zbyt rozpędzona by zahamować, sama nie wiedząc czemu nie zrobiłam tego od razu. Zacisnęłam obie dłonie na kierownicy i zwolniłam, jednocześnie skręcając, lecz wydarzyło się coś, czego najmniej się w tamtej chwili spodziewałam. Z naprzeciwka jechał ciągnik, którego wcześniej nie dostrzegałam za zakrętem, przez gęsto rosnące przy drodze krzaki. Wyminęłam go, lecz tył wozu zahaczył o wystający pług. Słyszałam wrzaski Konan i Mami oraz dźwięk wybijanej szyby. Koła Zafiry straciły przyczepność, obracając samochodem, zupełnie jakby nagle porwała go trąba powietrzna i wyrzuciła na pobocze. Moje ciało obijało się boleśnie, miotane na wszystkie strony;pas miażdżył żebra, aż w końcu pochłonęła mnie ciemność.

***

Kiedy się obudziłam, nie czułam kompletnie nic, do momentu, aż się poruszyłam. Ból był nie do zniesienia. Nigdy wcześniej nie czułam czegoś takiego. Wiele razy zostałam sprana na kwaśne jabłko, jednak nigdy przedtem nie miałam do czynienia z tak przeszywającym bólem.
Przechyliłam głowę na bok, biorąc krótkie, urywane wdechy. Samochód leżał kołami do góry, a moje ciało wydawało się być bezwładną, zmasakrowaną marionetką, którą z trudem mogłam sterować. Z przerażeniem patrzyłam na białą, zakrwawioną twarz Mami i zawyłam na wpół z bólu, na wpół z rozpaczy.
– Ratunku – wycharczałam ledwie słyszalnie, chcąc zawołać pomoc.
Poczułam zawroty głowy, a moje powieki były coraz cięższe. Wiedziałam, że muszę działać szybko, zanim do końca stracę przytomność. Siostra nie ruszała się i czułam narastającą panikę. Nie mogłam spojrzeć na tylne kanapy, by sprawdzić co z matką. Przypomniałam sobie, że Mami trzymała wcześniej w dłoniach telefon, ale nigdzie nie mogłam go dostrzec.
Rozglądałam się na tyle, na ile pozwalało mi obolałe ciało i niewygodna pozycja. W końcu namierzyłam urządzenie tuż przy swoim ramieniu i postanowiłam po nie sięgnąć. Oddychałam szybko, lecz krótko, gdyż złamane żebra uniemożliwiały mi głębszy wdech. Bardziej niż ból lewej ręki przerażał mnie całkowity brak czucia w prawej. Leżała bezwładnie obok telefonu, umorusana krwią, spływającą z pomiędzy powbijanych, ostrych odłamków szkła.
Kiedy w końcu moje palce zacisnęły się na aparacie, błagałam w myślach, aby był sprawny. Ku mojej uciesze, ekran podświetlił się, umożliwiając mi wykonanie połączenia alarmowego. Nie potrafiłam podać naszej dokładnej lokalizacji, ale w połowie rozmowy przypomniałam sobie o billboardzie, który kilkaset metrów wcześniej mijałyśmy.
Im dłużej dyspozytorka starała się podtrzymać rozmowę, tym bardziej bełkotliwie brzmiał mój głos. Stawał się chrapliwy, pozbawiony jakichkolwiek emocji. Stres i niepokój ulatywały ze mnie i wydawało mi się, że minęło zaledwie kilka sekund, a usłyszałam głośny dźwięk syren i trzaski rozcinanego metalu.
Poczułam gwałtowne szarpnięcie i na moment odzyskałam świadomość, znów czując przeszywający ból, obejmujący niemal całe ciało z wyjątkiem kończyn prawej strony ciała, lecz byłam zbyt słaba, aby wydać z siebie choćby jęk.
– Jesteś przytomna, słyszysz mnie?
Czułam, że w mroku, który mnie przyciągał nie będzie już nic – żadnego bólu i cierpienia.  Głosy ratowników majaczyły gdzieś w oddali, zupełnie jakby dzieliły nas dziesiątki metrów, a ja wciąż oddalałam się od nich, pozwalając, aby ciemność bez reszty mnie pochłonęła.

~*~


No i jest - ostatni rozdział Pecu. Wszystkie sentymenty rozpiszę pod epilogiem, bo jak wrzucę epilog to będę płakusiać. Płakusiajcie ze mną, bo ten blog był pierwszym, do którego naprawdę się przykładałam. Choć dorosłe życie zabrało mi czas, choć wydarzyło się u mnie wiele złego (dobrego też czasem) - nie zrezygnowałam z Pecu. Robiłam to dla każdej osoby, która czyta. Dla Was. Kocham.



CREATED BY
MAYAKO